wtorek, 8 sierpnia 2017

Był dom...

"Był dom..." - Anna Szatkowska

Kossakowie fascynowali mnie zawsze. Przeczyłam o tej rodzinie sporo, ale jakoś do tej pory nic o drugiej linii wywodzącej się od brata bliźniaka Wojciecha Kossaka czyli Tadeusza. Książki Zofii Kossak też nie bardzo były w moim guście. Lecz wspomnienia to co innego. Przeczytałam z zaciekawieniem, wielkim podziwem i...pokorą wobec odwagi, zaangażowania w pomaganie ludziom, konspirację i ratowanie Żydów. Wspomnienia Anny z powstania są potworne. Trudno sobie wyobrazić co musiała przejść 15-dziewczyna - sama, głodna, wykonująca rożne zadania ponad siły fizyczne. o psychice trudno mówić, gdy widziała same trupy, a każda chwila mogła być jej ostatnią. Trudno sobie wyobrazić, jak po czymś takim można wrócić na miejsce rzezi i prawie po roku wrócić na miejsce rzezi i uczestniczyć w ekshumacjach. "Nagrodą" za to poświęcenie była przymusowa emigracja.
Przy całej tej tragedii, Anna nadal zachowała humor, pogodę ducha i starała się żyć normalnie.
Mimo, że w całej książce jest sporo o ludziach z otoczenia bliższych i dalszych krewnych, a nawet obcych osób,którzy pomagali całej rodzinie to prawie nie ma nic o relacjach z krakowską, przecież najbliższą rodziną. Przecież Magdalena Samozwaniec też mieszkała w W-wie, przecież Maria Jasnorzewska mieszkała i zmarła w Londynie. Przecież Wojciech Kossak miał kontakty i znajomości w Krakowie...Nic nie mogli zrobić, pomóc ? Zofia była czynną konspiratorką, była na Pawiaku, była w Oświęcimiu. Małoletnia Anna tułała się po obcych domach. Chora babcia zmarła podczas powstania. Syn Zofii zmarł w obozie śmierci. Mąż był w obozie nienieckim. I nikt im nie pomógł? Chyba nie, jeśli nie ma nawet małej wzmianki o tym. Dlaczego? Może kiedyś się dowiemy.
Książka warta uwagi.

Brak komentarzy: